Czas sprawiedliwości

Okolice Hennigath, 791 rok II Ery

Yukonae mocno trzymał się biegnącego wierzchowca. Hu tax ciężko dyszał i ledwo był w stanie biec, ale nie mogli się teraz zatrzymać. Pościg był blisko. Tylko przekroczenie granicy Królestwa Obojga Przylądków mogło go w tej chwili uratować. Jego serce biło z niesamowitą szybkością. Musiał uciec.

Przypomniał sobie wszystkie wydarzenia ostatnich dni. Przyjazd do stolicy. Audiencję u Cesarza, na którą dostał się przypadkiem. Spotkanie z najważniejszymi handlarzami z Revenith. I wypadek. Próbę użycia magii, która przez brak dobrej edukacji zakończyła się spektakularnym fiaskiem. Płonącego dostojnika, który rozpaczliwie szukał wody i próbował zdjąć koszulę, którą pokrył płomień. Yukonae żałował, że tak się stało. Nie wiedział, czemu w takim momencie przyszedł mu do głowy tak nierozważny pomysł. Ale wiedział, co stanie się, jeżeli stanie przed sądem.

Położył się na szyi wierzchowca. Biegnij, Dene, biegnij, póki możesz. Granica jest blisko. Słyszał dźwięk gałązek łamiących się pod łapami innych hu tax. Ci, którzy go ścigali, byli już blisko. Kluczył między drzewami, w nadziei, że nie odnajdą tej samej ścieżki. Zmysły żołnierzy i ich wierzchowców były jednak wyjątkowo wyczulone, nie dali się zgubić. Yukonae zaczął w duchu modlić się do Homyu o przeżycie.

Sprawiedliwość to dziwna cnota. Wobec śmierci, choćby przypadkowej, próbuje usprawiedliwić kolejną śmierć. Zamiast szukać rozwiązań, zamiast przynieść pokój żyjącym, żąda zemsty, niczym dzikie plemię w czasach niepamiętnych. Kiedy dochodzi do zbrodni, ludzie nie chcą bezpieczeństwa ani wsparcia w żałobie. Chcą kary. Dotkliwej, surowej i przykładnej. Czyż kara nie jest kolejną zbrodnią, kresem istnienia, które, mimo winy, przynieść mogłoby wiele dobra? Jeżeli ten świat pójdzie drogą sprawiedliwości, zamiast iść za dobrem jednostki i ogółu, spotka go jedynie upadek, popadnięcie w winę i wzajemne oskarżenie.

Niebiosa, wesprzyjcie! Droga przede mną pełna jest przeszkód, a cofnąć się nie mogę. Będę jechał, póki starczy sił.

Rogatki Przylądków stały się już widoczne, w oddali, ale wyraźnie. To dodało otuchy jeźdźcowi. Serce zabiło jeszcze silniej. Był już pewien, że ratunek za chwilę nadejdzie.

Los wybrał jednak inną drogę. Hu tax, po wielu milach morderczego biegu przez las, zaczął tracić siły. Choć najpewniej podobnie działo się w pościgu, stawiało go to w krytycznym położeniu. W końcu wierzchowiec stanął w miejscu i zaczął ciężko dyszeć. Choć hu tax są najpotężniejszymi zwierzętami w tym regionie, nie mogą biec bez końca, potrzebują odpoczynku i wody. Zrezygnowany Yukonae zszedł z grzbietu zwierzęcia. Żołnierze pojawili się po chwili. Pieszo. Najwyraźniej i ich wierzchowce nie były w stanie dalej biec.

– Stój, elfie!

To określenie, choć neutralne, zabrzmiało jak obelga.

– W imieniu Cesarza Wschodu jesteś zatrzymany! Udasz się z nami do miasta, a o Twoim losie zdecyduje Wysoki Sędzia!

Yukonae poddał się, nie mając wyboru.

Sprawiedliwości! Życia mi dajcie, celu mi dajcie, nie sprawiedliwości!