Ansha-Hun, 257 rok II Ery
– Nie ruszaj się przez chwilę, wymienię Ci opatrunki.
– W porządku… Cholera, dlaczego to musi tak boleć? Czemu nie mogę wyjść dalej, niż granice łóżka? Chciałbym chociaż się przydać, ale zdrowie nie chce mi na to pozwolić.
– Nie dramatyzuj. Każdy jest przydatny, jeżeli ma chęć pracy. A Ty zasłużyłeś się ponad miarę. Wojna to wielkie poświęcenie.
– Tak mówią w tych stronach. Ale od kiedy pojechałem na Ostrów walczyć z krasnalami, widzę to zupełnie inaczej. Wojna to chujnia, którą możni chcą usprawiedliwić, nazywając ją ofiarą. Przez trzy lata na zmianę biliśmy ich i uciekaliśmy, sam nie rozumiem, po co. Oni z jakiegoś powodu atakowali, chociaż sami nie wyglądali na przekonanych, a my musieliśmy się bronić. Chory układ. Dzika gra bogatych, w której cierpią biedni.
Po co zaatakowali? Oczywiste, żeby zdobyć ziemie, na chwałę swojej Federacji, dla jeszcze większych bogactw, które i tak zabiorą im Korpokraci i Komisariaty. Dlaczego zaatakowali? Nie wiem, czy sama Królowa raczy wiedzieć. Ale cel w sercach tych biedaków był pewnie podobny, jak u mnie przed pięcioma laty.
Kiedy zaciągałem się do armii, myślałem, że przysłużę się Królowej i współbraciom, będę szanowany przez wszystkich, spotka mnie chwała i zaszczyty. Widziałem już kobiety szukające towarzystwa żołnierza i sąsiadów gratulujących odwagi. A co z tego wszystkiego mam? Leżę od dwóch miesięcy, wszystko mnie boli, mam duszności i nie mogę wyjść z pokoju, o życiu czy pracowaniu nie mówiąc. Lepiej by było, gdybym nigdy nie wyruszył.
– Uważaj, Ona może słyszeć, a wiesz, że nie spodoba jej się krytyka metod używanych w Armii.
– Niech i słyszy. Co mi zrobi? Potępi? Już mnie potępił los, zsyłając ten stan. Okaleczy? Już jestem kaleką, gorzej nie będzie. Zabije? Wolną daję drogę, zjednoczony z Ego przynajmniej nie będę czuł bólu. Zważ, bracie, że śmierć nie jest najgorszą karą. Dużo bardziej bolesne jest istnienie, w którym nie ma życia. Smutna egzystencja pozbawiona sensu i celu. Żyję. I co mi po tym? Nie mam zdrowia, którym mógłbym pracować. Nie mam mądrości, którą mógłbym przekazać. Jedyne moje bogactwo na tym świecie to blizny świadczące o porażce i myśli, które zgromadziłem leżąc tutaj. Zabijać się nie zamierzam, bo samobójstwo, za którym nie stoi honor, a rozpacz, jest aktem bezmyślności i nieuporządkowanej dumy.
– Podać Ci coś do picia?
– Tak, napar z hanjeanu, jeśli możesz.
– Już, tylko zaleję.
– Och, hanjean. Wspaniałe zioło. Ten zapach przypomina mi piękne dni, dzieciństwo spędzone na Ostrowie, zabawę w lesie i nauki stolarstwa z Majstrem Naekanem. Szkoda, że ten czas nie wróci! Ostrów wzięły krasnale, lasy już nie te same, bo obce, a Majster… ciekawe, co z nim? Jeśli żyje, ma jakichś 140 lat. Najpewniej już nikogo nie uczy sztuki. Cóż poradzę? Wszystko mija, młodość już daleko za mną. Starość jeszcze nie nadeszła. Trzeba żyć, bracie!
– Zaiste, trzeba żyć. I tego się trzymajmy.