Grenhand, rok 2638 I Ery
“Wszystko na świecie przemija powoli
i pamięć o szczęściu, i o tym, co boli,
wszystko przemija, jak chce przeznaczenie
jedno tylko zostaje: wspomnienie”
Agder aud Kammer, krasnolud, młody kowal, wrócił do domu po kolejnym owocnym dniu pracy. Zadowolony z siebie, wszedł pewnie do głównej izby. Siedział tam jego dziad, najstarszy z domowników. Staruszek mocno opierał się na drewnianym krześle i popalał fajkę, pogrążony w swych myślach.
– Witaj, dziadku – powiedział Agder.
Starzec otrząsnął się i usiadł prosto.
– Och, witaj, Agderze, już wróciłeś. Jak Ci minął dzień?
– Nienajgorzej. Niewiele było do zrobienia, praca idzie zgodnie z planem.
– To dobrze. Ostatnio byłeś często przepracowany, potrzebujesz wytchnienia.
– Wydaje mi się, że ostatnio wiele się zmieniło. Praca jest łatwiejsza, można poświęcać jej jedynie dziesięć godzin na dzień i bez problemu osiągać ustalone cele. Wydaje mi się, że władza poprawiła…
– Nie! – przerwał mu w pół zdania dziad, po czym rzucił fajkę w kąt pomieszczenia, tak, że się ukruszyła. – Nie będziesz mi tu o nich mówił! Niech Ci nawet do głowy nie przychodzi!
– Ale… oni naprawdę rozwijają to miasto i kraj, żyje się nam coraz lepiej.
– Oj, moje dziecko, Ty nie wiesz, co to znaczy żyć lepiej. Pozwól, że Ci opowiem. Moja młodość trwała w pięknych czasach, kiedy po wielu klęskach i porażkach nasz lud w końcu zaczął zyskiwać istotną pozycję wśród państw Kontynentu. Choć wokół wciąż panowała bieda, z twarzy wszystkich mieszkańców promieniowało szczęście. Nikomu nie brakowało pracy ani środków. Było wręcz idealnie, aż chciało się żyć. Taki stan utrzymywał się przez ponad pięćdziesiąt cudownych lat.
W końcu jednak pojawili się oni. Pomioty piekielne, a na ich czele największy kłamca i szubrawiec, jakiego świat nosił, którego imienia z szacunku dla swych ust nie wypowiem. Szkoda mi tego człowieka, naprawdę. Był czas, że był jednym z nas, choć przyjacielem go nazwać nie mogę. Ale w pewnym momencie zmienił się. Prawie z dnia na dzień zaczął się modlić i utrzymywał, że objawia mu się Bóstwo. Wielu, jak owce, poszło za nim. A on z każdym dniem się staczał. Zamiast dawnego uśmiechu na jego twarzy pojawiła się nadludzką determinacja.
Jego poplecznicy nazwali siebie Czystymi, a popełniali wszelką nieczystość i zło. Głosili światu, że przynoszą wiadomość tego Bóstwa, które wzywa wszystkich, aby wierzyli w nie i zmienili swoje życie, a byli tak daleko od tych ideałów, jak tylko natura pozwala. Tak wielu uwierzyło szubrawcowi, że wśród wiwatu tłumów przejął władzę w państwie, obalił Rady i wprowadził swoje prawo. Nie bluźnij, nie pij, nie zadawaj pytań. Niepotrzebne reguły, a Czyści strzegli ich, i strzegą, jak lwy. Doprawdy, piękny byłby świat, gdyby oni sami się ich trzymali z taką zaciekłością. A oni brnęli w fałsz, niszcząc ogniem i mieczem tych, którzy odmówili gry w tej pożałowania godnej farsie. Szubrawiec nawet nie zważał na to, kto dawniej był jego przyjacielem. Wielu z kopalni zaprowadził własnoręcznie na ścięcie.
– Dziadku, co Ty wygadujesz? Przecież plemię kapłańskie rządzi od setek lat, a stoi za nim Prawda i Cnota…
Starzec spojrzał przed siebie, ale oczy jego wyglądały, jakby przed nimi była jedynie pustka. Zaczął mówić dalej, z jeszcze większym przekonaniem w głosie.
– Prawda? Cnota? Takież słowa! Fraszka! Fraszka prawda! Fraszka cnota! Z ich prawdy przebija kłamstwo i przebiegłość, a z cnoty gwałt, przemoc i nieczystość! Nie wierz im, nie podążaj ślepo za ich rozkazem! Złam, zniszcz, spal! Wyzwól siebie, wyzwól innych, uwolnij świat z okowów! Droga czystości uciska nas, odbiera wolność, pozbawia godności! Podążyć musimy ścieżką rozumu, która wiedzie do odkrycia prawdziwego szczęścia!
– Dziadku, nie powinieneś tak mówić! Oni przecież dają nam pracę i środki do życia. Jeśli usłyszą, to…
– Nie obchodzi mnie, co będzie, jeśli usłyszą, nigdy nie przestanę mówić! Będę głosił, będę walczył, aż zamknę usta na wieki! Jeśli pisanym jest mi odejść, wolę zakończyć moją rolę na scenie, niż pozwolić, by o mej śmierci poseł doniósł zza kulis! Agderze, szubrawiec i Czyści nie chcą naszego dobra, chcą naszej uległości. Zabraniają nam rzeczy “nieczystych”, nie pozwalają o sobie złego słowa powiedzieć, zabierają wszelką przyjemność, nawet napitek, który dla wielu jest podstawą duchowej równowagi! Swoje urojone Bóstwo uważają za największą świętość, za której obrazę grozi śmierć i niesława, a potwarzy większej dokonują na ludzie! Nie możemy na to przyzwalać, nie możemy przyłączać się do zła, które wyrządzają wszystkim!
Błagam Cię, Agderze, nie zapomnij nigdy, co powiedziałem! Walcz o lepsze jutro dla wszystkich! Walcz, i nie zapomnij!
Po tych słowach zamilkł i na powrót oparł się na krześle. Brak fajki, która przez nieuważny rzut znalazła się poza zasięgiem rąk, doskwierał mu mocno. W końcu jednak w akcie rezygnacji zamknął oczy i zasnął. Agder cicho wyszedł z izby.
“Oszalał. Staruszek całkowicie oszalał, stracił resztki rozumu. Chociaż… może jednak… może ma rację? Może to jego prawda jest tą, za którą powinniśmy podążyć?”