Hanthenvear, 1581 rok I Ery
Dzień w koszarach cesarskiej stolicy przebiegał powoli. Słońce świeciło wysoko na letnim niebie, a cały obszar wojskowy, złożony w znacznej części z bruku i brązu, wypełniał nieznośny żar. Niektórzy z żołnierzy zgodnie z procedurami trenowali techniki walki lub studiowali strategię, ale większość uciekła z placu w poszukiwaniu wody i cienia. Dowódca garnizonu, Kasae a Nodo, sam zmęczony przez aurę, nie miał powodu, żeby zmuszać ich do wytężonej pracy – uważał, że przygotowanie jego podwładnych jest wystarczające, a poza tym nie wierzył, żeby w najbliższym czasie miała nadejść wojna. Koszary były więc pogrążone w nieprzerwanym letargu, którego żadna siła nie mogła zmącić.
Stan ten musiał się jednak kiedyś zakończyć. Ciszę przebił krzyk dobiegający spod bramy jednostki.
– Panie generale, za pozwoleniem, depesza od Cesarza, pilna!
Posłaniec swoim wejściem przypomniał żołdakom, że świat na zewnątrz istnieje, ale po chwili wrócili do poprzedniego rytmu. Jeden z szeregowych, pracujących bardziej jako posługacze niż wojskowi, zaniósł zapieczętowaną kartę do dowódcy, który siedział w swoim prywatnym pomieszczeniu i bardzo zajęty był przeliczaniem stanu swojej kolekcji win.
– Co się dzieje? Pali się? – przywitał szeregowca.
– Panie generale, to ważne. Przyszła depesza od cesarza. Z dopiskiem pilne.
– Mam nadzieję, że to naprawdę coś ważnego, inaczej nie wytrzymam i pójdę powiedzieć staremu, co myślę o jego bojowych zadaniach.
– Jeśli tak pan uważa.
– Dobrze, podaj mi to, co przyniosłeś.
Chłopak wręczył dowódcy depeszę z najwyższą ostrożnością. Ten z kolei wyrwał mu pismo z rąk i bez ceremonii złamał ozdobną cesarską pieczęć. Zaczął czytać. Jego twarz stopniowo zmieniała się z uśmiechu, przez zdziwienie, aż po zdenerwowanie.
– Cholera jasna. Lepiej sobie nie mógł wymyślić. Chce dziczyzny na wielką ucztę, na dziś wieczór. Nie pomyślał o tym nawet dnia wcześniej, a poza tym nawet mnie nie zaprosił. Niedoczekanie jego! Teraz już na pewno złożę mu rychłą wizytę, żeby przypomnieć mu, że wojsko nie jest pokojówką na zawołanie. Trudno, idę się tym zająć.
Kasae wyszedł z gabinetu i udał się w kierunku budynku przeznaczonego dla oddziału Łowczych, który stanowił jednostkę logistyczną i zaopatrzeniową dla wojska, a w czasie pokoju rzeczywiście oddawał się polowaniu.
– Pobudka, żołnierze, zbiórka na placu z pełnym rynsztunkiem na łowy, czas pięć minut! Weźcie wierzchowce!
W budynku nagle powstała wrzawa, wszyscy zaczęli pośpiesznie zbierać i porządkować swoje wyposażenie. Kasae stanął na placu i czekał. Po pięciu minutach cały oddział dotarł w ustalone miejsce zbiórki i ustawił się w szyku.
– Generale, Łowczy meldują się na rozkaz! – zameldował porucznik, dowódca oddziału
– Dziękuję, poruczniku. Dzisiaj to ja poprowadzę łowy. Za długo tu już siedziałem bezczynnie. Poza tym sam zaczynałem swoją przygodę w armii jako Łowczy.
– Shidë, Generale!
Oddział bez zwłoki wyruszył w kierunku puszczy, w której odbywały się wszystkie polowania dla Cesarza. Łowczy w drodze oddali się rozmowom, które stały się dużo żywsze, niż w gorących i dusznych koszarach.
– Panie Generale, na co będziemy polować? – spytał jeden z żołnierzy.
– Cesarz życzy sobie pięćdziesiąt funtów ptactwa i jedno wołu. Z ptakami powinno pójść łatwo, ale na grubego trzeba będzie przypomnieć sobie lata ćwiczeń.
Dalszą część drogi Kasae przebył w milczeniu. Po około pół godzinie dotarli na miejsce, w którym zwykle znajdowało się najwięcej zwierzyny. Dowódca pokazał wszystkim członkom oddziału, że należy wytężyć uwagę i zachować ciszę – polowanie się rozpoczęło.
Po ponad dwudziestu minutach poszukiwań jeden z pieszych, zwiadowców, dał znak, że widzi dzikiego wołu. Generał odnalazł zwierzę wzrokiem, po czym cicho wydał rozkazy:
– Piesi formować krąg, w razie potrzeby odstraszajcie zwierza do środka. Jeźdźcy, okrążać cały obszar do sygnału, potem powoli zacieśniać ruchy, aż go osaczycie. Oszczep wezmę ja, podać mi go.
Żołnierze rozbiegli się na wskazane pozycje. Kasae chwycił oszczep. Od lat nie trzymał tej broni w rękach. Przed jego oczami pojawiły się piękne, młode lata, kiedy mimo trudności i dyscypliny trzymanej stale przez przełożonych był szczęśliwy, mogąc rozwijać swoje umiejętności i piąć się powoli po drabinie zaszczytów.
Teraz jednak trwały łowy. Pewnie wszedł do kręgu utworzonego przez cichych i ukrytych Łowczych, po czym złapał kontakt wzrokowy z każdym z jeźdźców po kolei i upewnił się, że są gotowi. Następnie spojrzał na cel. Był to samiec, dojrzały, ważący około czterech cetnarów, pokryty krótką szczeciną, co wskazywało na południowy rodowód. Kasae miarkował, że starcie z nim nie będzie należało do łatwych. Wymagać będzie przede wszystkim całkowitej pewności i zakończenia jednym, celnym rzutem.
Dał znak. Piesi skupili uwagę na wołu, upatrując, czy nie zbliża się do ich pozycji, a dosiadający Kanae zaczęli powoli, ale nieubłaganie ograniczać pole, w którym pozwalali przebywać bykowi. Wół, zaniepokojony obecnością wielkich psów i dźwiękiem kroków, próbował uciec z mistycznego kręgu łowów. Otrzymał jednak silny cios szablą i zmuszony był wycofać się. Kasae pewnie kroczył w kierunku byka, trzymając cały czas dystans odpowiedni do rzutu.
Jeden z jeźdźców uniósł dwa palce ponad ramieniem, inni odpowiedzieli tym samym. Krąg minimalny, pozwalający na wycelowanie i rzut z idealnej odległości. Wódz przystanął. Jego uwaga była skupiona na celu. Zamiast czuć strach czy przytłoczenie, czuł głęboką ekscytację, jak małe dziecko, które może wobec ludzi wykazać się nową umiejętnością. Był jednak spokojny, gotowy. Nic nie istniało, poza nim, wołem i areną, na której mieli walczyć.
Upewnił chwyt na broni. Czekał. Byk zrobił to, czego Kasae się po nim spodziewał: stanął pewnie, po czym w akcie desperacji rozpoczął bieg w jego kierunku, jako najsłabszego i najbliższego z intruzów. Czas zwolnił: południowiec widział każdy krok zwierzęcia, każde zetknięcie kopyta z ziemią. Obrał punkt, w który zamierzał rzucić, tuż poniżej głowy. Odciągnął oszczep za głowę i spojrzał prosto w to jedno miejsce, które było teraz dla niego centrum wszechświata.
Zamknął oczy. Wiedział, że chybienie oznacza dla niego kalectwo lub śmierć. “Homyu, Władco Życia, Boże Życia, powierzam Ci wszystko, co dalej” – pomyślał. Potem pociągnął wszystkimi mięśniami ciała i wypuścił z ręki śmiercionośną broń. Słuchał. Najpierw usłyszał świst oszczepu w letnim powietrzu, potem ryk, świadczący o uderzeniu w zwierzę.
Odetchnął. Udało się. Byk jeszcze przez chwilę drżał w biegu i jęczał, po czym zamilkł i opadły z sił ukląkł przed Kasae, jakby umierając oddawał cześć zwycięzcy. Potem upadł martwy, a z rany zaczęła obficie wypływać krew. Cały oddział podbiegł, pogratulował generałowi rzutu, a potem zaczął przygotowywać wołu do transportu.
Kasae, po raz pierwszy od lat, poczuł prawdziwą euforię. Łowy przypomniały mu, jak wielką radość może przynosić służba społeczeństwu. Postanowił nie tylko nie iść ze skargą do władcy, ale na własny koszt zorganizować biesiadę w garnizonie, pierwszą od ponad roku. Nic już nie mogło go tego dnia zatrzymać.