Dziesięciu Północników posuwało się przez niezbadane jeszcze rubieże zachodniej części krainy. Pogoda była, jak na ich standardy, dosyć dobra, ale padający śnieg znacząco ograniczał widoczność. Niektórzy z wędrowców rozmawiali o prostych sprawach, inni maszerowali w milczeniu. Nic nie wskazywało na to, żeby mieli w najbliższym czasie osiągnąć cel.
– Przypomnijcie mi, po co my właściwie idziemy?
– Mamy znaleźć miejsce na nową osadę. Wódz mówi, że u nas zaczyna się robić ciasno. Ja tam nie narzekam, ale on wie swoje.
– No tak… Zawsze, kiedy jest dobrze, on musi wymyślić sobie jakiś problem. Szkoda, że tym razem to nam kazał go rozwiązywać. Jakoś mi się nie wydaje, żeby w tych okolicach był jakikolwiek kawałek ziemi, na którym ktoś chciałby mieszkać.
– Jak jest, każdy widzi. Ale lepiej nie przemawiać wodzowi do rozumu, bo skończy się to burdą na pół wsi.
– Co on powiedział o miejscu, które mamy znaleźć?
– Po pierwsze, ma być płasko. Po drugie, trochę gołej ziemi. Po trzecie, rzeka. Po czwarte, mamy nie zapomnieć, jak się tam idzie.
– Rzek tu mało, reszty nie ma w ogóle. A mapy nie zrobimy, bo nie umiem odróżnić niczego. Wszystkie te wzgórza są takie same.
***
Krasnoludzcy odkrywcy z trudem szli przez zimną Północ. Przejmujące zimno i warstwa świeżego śniegu powodowały, że momentami ledwo byli w stanie się poruszać. Na szczęście, zapasy, które mieli przy sobie, mogły im wystarczyć na przynajmniej dwadzieścia dni.
– Co właściwie mamy przed sobą?
– Nie wiem, ale na pewno coś ciekawego. Dopóki możemy, powinniśmy odkrywać. I tak w końcu każą nam pracować w kopalni albo w warsztacie.
– Racja. To miejsce nie wygląda na odpowiednie do życia, ale podobno ktoś tutaj mieszka.
– Nie wierzę. To pustkowie nadaje się tylko na podróże dla takich, jak my.
– Możliwe. Jak kogoś spotkamy, to się dowiemy.
***
Północnicy zauważyli jakiś ruch w oddali. W miarę zbliżania się stwierdzili, że w przeciwnym do nich kierunku porusza się inna grupa wędrowców.
– Chcemy się z nimi spotkać?
– Nie jestem pewien. Mogą być niebezpieczni.
– Czemu? Jeśli nie są z Północy, nie będą w stanie walczyć. Jeśli są, to prawie na pewno nasi. Chodźmy.
Poszli w kierunku zauważonej grupy. Po mniej więcej godzinie znaleźli się w zasięgu głosu od drugiej wyprawy. Ostrożnie się zbliżyli. Tajemniczy wędrowcy zareagowali najpierw strachem, a potem zaciekawieniem. Byli bardzo niscy, a na głowach mieli niecodzienne czapki, złożone z trzech części.
Spróbowali się odezwać do nieznajomych. Ci zdawali się nie rozumieć ich mowy. Przez dłuższą chwilę obie grupy podejrzliwie patrzyły na siebie nawzajem, jakby podejrzewając przeciwną stronę o złe zamiary. Nikt jednak nie okazał żadnych oznak agresji. Upewniwszy się, że jest bezpiecznie, północnicy zaczęli przygotowywać miejsce na ognisko i gestem pokazali wędrowcom, aby się przyłączyli. Obie grupy odkrywców wspólnie przygotowały stos na ognisko i duży zapas drewna. Rozpalono ogień i rozpoczęła się biesiada. Wszyscy wyciągnęli zapasy żywności i zjedli. Następnie północnicy wyciągnęli bukłaki z Miodem, na co drudzy odpowiedzieli wyciągając własny trunek. Zgromadzeni wymieniali się napojami, pili i śpiewali, każdy swoje pieśni we własnej mowie.
– Niesamowite, jak mowa dzieli, a ogień i woda ognista mogą połączyć!