Samotna Przystań, 153 rok II Ery
Życie Hakoryeo, choć ciężkie, opierało się na prostych założeniach. Wyjść na Jezioro, łowić, jeść, spać, powtórzyć. To, co dały mu przejrzyste wody wielkiego akwenu było podstawą przetrwania i jedynym źródłem utrzymania dla niego i rodziny. Jeżeli trafił na urodzaj, przez jakiś czas cieszył się wyjątkowym bogactwem. Jeśli zdarzyła się posucha, ledwo wystarczało mu środków do życia. Był więc niewolnikiem wiecznego cyklu natury, skazanym na wznoszenie się wraz z przypływem i opadanie, gdy tylko nadejdzie odpływ. Prostota jego manier nie pozwalała mu jednak narzekać na ten stan rzeczy – zamiast tego, dziękował losowi za każde dobro, które go spotykało, a trudy znosił cierpliwie.
Przyszedł do miejskiego portu, centrum życia Samotnej Przystani, około dziesięciotysięcznego miasta na południowo-wschodnim brzegu Jeziora, zamieszkiwanego przez mieszańców i ludzi Wschodu. Całą okolicę wypełniała jedynie cisza, błoga, acz niepokojąca. Słońce dopiero niepewnie wychylało się zza linii horyzontu, pierwszymi promieniami oświetlając wierzchołki budynków. Poranek był chłodny, orzeźwiająca bryza wiała jeszcze zza pleców rybaka, odwróconego w stronę jeziora. Ulice były w znacznej większości puste, jedynymi ludźmi obecnymi w pobliżu byli towarzysze w fachu, również zmierzający na łowiska.
Przeszedł po pomoście. Deski trzeszczały pod jego stopami, a grube pale, unoszące się na wodzie, na których opierała się konstrukcja, pod wpływem nacisku zaczęły wydawać wyraźny dźwięk przy każdym uderzeniu fali. Hakoryeo wsiadł do swojej łodzi. Łajba, choć składała się z wyraźnie zużytych desek, grubego drąga służącego za ster i płachty płótna, dzierżącej liczne ślady cerowania i łatania, rozwieszonej na maszcie, stanowiła dla niego drugi dom – o ile nie pierwszy (czyż domem jest miejsce, gdzie człowiek spędza noce, czy to, w którym mijają dnie?). Skrupulatnie przeliczył sieci i pływaki, sprawdzając przy tym ich stan, aby mieć pewność, że nie zawiodą go we właściwej chwili. Oho, pęknięte oczka we włoku. Wziął motek grubej nici i pordzewiały nóż, odciął kilka kawałków i ostrożnie powiązał. Gotowe. Mógł wypływać.
Zdjął pętlę z pręta wbitego w pomost, pełniącego rolę polera, odepchnął lekko łódź i pociągnął za sznur, aby postawić żagiel. Płótno złapało łagodny powiew i łódka zaczęła powoli posuwać się naprzód. Hakoryeo nadał jej właściwy kierunek. Wyruszył w kierunku punktu na jeziorze, niewidocznego dla niewprawnego oka zwykłego obserwatora, a wyznaczanego przez kilka obiektów na brzegach i położenie słońca na nieboskłonie – swojego łowiska. Miejsca tego próżno szukać w księgach, czy pytać o nie mędrców. Jedynym, kto wiedział bez zawahania, gdzie go szukać, był sam rybak, który to szczególne miejsce odnalazł samodzielnie, używając rad starszych przyjaciół, ale przede wszystkim własnego instynktu, wspartego czasem nieśmiałymi próbami użycia Oddziaływania.
Dotarłszy w ustalone miejsce, wyrzucił pierwszą sieć, a po niej kilka kolejnych. Następnie wyrzucił włok poza rufę, upewniając się, że lina mocno trzyma go przy łodzi. Dokonawszy z nabożeństwem wszystkich czynności, pozostało mu czekać. Oczyma wyobraźni widział już błysk srebrnoróżowych rybek, których o tej porze roku było wyjątkowo wiele. Opuścił żagiel, żeby ograniczyć jego i tak duże zużycie, po czym zanucił nieśmiertelną pieśń, którą śpiewali rybacy przed nim, a będą śpiewać i w kolejnych stuleciach.
Płyń w Jezioro, Żeglarzu
Jeśli słyszysz ten zew
Jeśli płyniesz, niech zabrzmi
Z Nieba śpiewem Twój śpiew
Płyń w Jezioro, Żeglarzu
W dali zostaw ten ląd
Płyń, by posiąść bogactwo,
Jak nie z wody, to skąd?
Płyń w Jezioro, Żeglarzu
Czy nie woła Cię toń?
W niej odnajdziesz mądrości,
Widzisz światło, więc goń
Płyń w Jezioro, Żeglarzu
Zostaw wszystko, co złe
Odnajdź tylko ten powiew,
Błogość odnajdzie Cię
Płyń w Jezioro, Żeglarzu
I niech sprzyja Ci łów
Jeśli oddasz mu życie
On obdarzy Cię znów
Płyń w Jezioro, Żeglarzu
Płyńże, póki Twój czas
Kiedy wezwą Niebiosa,
To nie będzie już nas
Płyń w Jezioro, Żeglarzu
Wspomnij tych, którzy już
Więcej płynąć nie mogą:
Choć odeszli, są tuż