Przedmieścia Dory, 62 rok II Ery
– To tutaj. Z tego miejsca pochodził ten dym.
– Tak, z całą pewnością. Zobaczmy, co się stało. Widać tam jakieś ślady ognia, ale z tej odległości więcej nie stwierdzimy.
Ekspedycja południowców z Arraedonu poszła dalej w kierunku domniemanego miejsca pożaru. Kiedy w końcu zbliżyli się, widok ich jednocześnie zdumiał i przeraził. Przez kilka mil przed nimi rozciągała się równina, teraz czarna od popiołu i sadzy i usiana pozostałościami spalonych zabudowań. Pośrodku równiny wznosiły się osmalone kamienne mury, pozbawione mostów i bram.
– Homyu! Co tu się wydarzyło?
– Nie mam pojęcia, ale coś bardzo złego. Takie zniszczenie nie wygląda na dzieło przypadku, a burzy ostatnio nie było.
– Co to właściwie za miasto?
– Jeśli dobrze się orientuję… To Dora. Stolica. Jak w ogóle mogła spłonąć? Przecież miała straże, wojsko i zorganizowanych mieszkańców.
– Wejdźmy za mury, może tam coś znajdziemy.
Weszli do szczątków wielkiego miasta. Wszystko było zniszczone przez ogień, a ulice pokrywały zwłoki, pozbawione wszelkich charakterystycznych cech przez żywioł.
– Pożar nie zaczął się w jednym punkcie miasta, bo wtedy zostałby wygaszony w porę lub przynajmniej byłoby trochę nie do końca zniszczonych budynków. Widać, że płomienie rozchodziły się z bardzo wielu miejsc. Ktoś musiał podpalić miasto, i musiał mieć do tego dużą, zorganizowaną grupę. Homyu, oby ich tu nie było.
– Patrzcie, coś się tam rusza.
– Ostrożnie. Dobądźcie broni i pójdziemy sprawdzić.
Podeszli do podejrzanego, ruszającego się obiektu.
– Jeśli żyjesz, powiedz, ktoś Ty! – krzyknął dowódca w jego stronę.
– Ko Homyu, przyjaciele, nie bijcie! Jestem Minu a Saeso, z klanu Deno. Do niedawna mieszkaniec Dory.
– Ko Homyu, towarzyszu. Co tu się wydarzyło?
– To było pięć dni temu. Niewiele z tego dnia pamiętam. Ranek minął jak zwykle, ale około południa strażnicy uderzyli w dzwon. Szybko rozeszła się wieść, że jakieś wojsko z nieznanymi nikomu sztandarami zbliża się do murów. Nasi żołnierze wyszli im naprzeciw, chcąc uniknąć oblężenia. Mieliśmy znaczną przewagę liczebną, jakich czterech do jednego. Okazało się jednak, że uzbrojenie i taktyka obcych były lepsze od naszych. Większość żołnierzy poległa, a resztę pojmano. Obcy otoczyli miasto, a każdego, kto próbował uciekać, zabijali. Zaczęli wypuszczać z łuków strzały pokryte płonącą oliwą, tak, że miasto stanęło w ogniu. Dalej – nie wiem, co się działo. Pewnie coś mnie uderzyło w głowę. Obudziłem się w nocy, w lesie, najwyżej trzy mile stąd. Nie miałem na sobie koszuli ani żadnych swoich rzeczy. Zaczekałem w lesie, aż obcy się oddalą, a potem wróciłem do miasta szukać żywych i nieuszkodzonych zapasów. Nikogo nie znalazłem, rzeczy też niewiele. Od tego czasu siedzę tutaj i nie mam pojęcia, co dalej ze sobą począć.
– Przykro mi, bracie. Możesz pójść z nami. Jedzenia nam wystarcza, a i praca się dla Ciebie znajdzie. Najpierw chcielibyśmy jednak przeszukać jeszcze szerszą okolicę, może dowiemy się więcej.
– Pójdę z wami, nic więcej mi nie pozostało. Dziękuję za hojność. Możemy ruszać, ale nie idźmy na północ, tam poszli obcy.
– Dobrze. Zbierajcie rzeczy, pora iść dalej. Kierunek: jakichś sto mil na wschód, a potem do domu!
“Obym tylko odnalazł dom” – pomyślał Minu.