Gdzieś w Lakkunin, około 540 roku II Ery
– Witaj, Samseo. Miło Cię widzieć po tylu latach.
– Ciebie też, Yukoryeo. Wiele się zmieniło, od kiedy ostatnio byłem w tych stronach.
– Zacznijmy od spraw ważnych. Pakunki możesz odłożyć tutaj, moja żona później je zaniesie do pokoju, który Ci przygotowaliśmy. Wiesz już, jak długo zamierzasz pozostać we wsi?
– Jeszcze nie, Akademia ma mi przysłać posłańca we właściwym momencie. Spodziewam się informacji za dwa do trzech tygodni. Poza tym, będę musiał nadać depeszę do Annyeohanu.
– Dobrze, zostań, ile tylko potrzebujesz. Depesze na zachód wychodzą za trzy dni, więc masz czas. Czego Ci nalać?
– Wody. Za dużo już wypiłem po drodze w tawernach.
– Dzban wody, dzban piwa i dwa kubki, byle szybko! – krzyknął gospodarz w kierunku żeńskiej części domostwa, po czym zwrócił się do przyjaciela – Opowiadaj, co robiłeś, od kiedy ostatnio się spotkaliśmy – ile to już – pięć lat temu?
– Wiele się zmieniło. Większość z tego czasu spędziłem na pracy w Annyeohanie, głównie dla Akademii. Jedno, czego się tam nauczyłem, to że wiedza Uczonych jest nieprzebrana. Drugie, to że ich mniemanie o sobie jest jeszcze większe. Przynajmniej raz na dzień ktoś musiał mi wypomnieć, że kształciłem się w Taervin. Oni naprawdę patrzą na nazwę akademii bardziej, niż na wiedzę. Ale przynajmniej dobrze płacą, i nawet w końcu pozwolili mi wyjechać na jakiś czas na wschód.
Obydwaj zasiedli przy stole. Za chwilę żona gospodarza przyniosła napoje i kubki, po czym odeszła bez słowa.
– Co właściwie tam robiłeś? – spytał gospodarz
– Zajmowałem się kilkoma rzeczami. Na początku głównie nosiłem rzeczy z miejsca na miejsce jako asystent bibliotekarza, ale w końcu ktoś zauważył, że mam za sobą studia, i przekierowali mnie do zbiorów historycznych. Pracowałem pod Jaenho a Konde, niesamowicie zasadniczym, ale przynajmniej praca szła dobrze i góra za często nie narzekała.
– Zbiory historyczne? Chyba mam coś, z czym możesz pomóc. Czekaj, zaraz znajdę.
Yukoryeo wstał, podszedł do regału, otworzył stojącą na nim skrzyneczkę i wyciągnął kilka monet. Podszedł do stołu i położył je przed przyjacielem.
– Mam takich kilka. Ktoś mi je podarował, nie pamiętam kiedy, może przy okazji jakiegoś święta. Są z miedzi, wybity jest na nich jakiś potwór z legend. Niestety, nie mam pojęcia, co to właściwie za rodzaj monet. Żaden handlarz nigdy takich nie widział, nie chcą ich przyjmować. Wiesz coś na ich temat?
– Tak, widziałem takie w Akademii. Zaraz, co to było? A, już wiem. To dosyć stara waluta, w mieście mógłbyś za to trochę dostać, ale lepiej je zachować jako pamiątkę rodzinną. To miedziane smoki, wyjątkowa moneta.
Ich historia zaczęła się gdzieś około 1140 roku I Ery. W dawnym elfickim Królestwie Arraedonu obejmującym tereny dzisiejszego Taervin, Lakkunin i części Idërin, władzę sprawował klan Vaente. Zauważyli oni poważny problem wśród mieszkańców. Wysoka wartość i mała liczba monet, bitych z rzadkich metali, spowodowała, że mieszkańcy wsi nie mogli wykorzystać swojego majątku – posiadali zwykle najwyżej kilka monet, które były warte tyle, co kilka mórg ziemi. W efekcie duża część społeczeństwa mogła handlować tylko przez wymianę, choć monetę bito już od setek lat. Król chciał, żeby wszyscy w państwie mogli posługiwać się pieniądzem. W tym celu zarządził bicie nowej monety: miedzianych smoków. Ustalił, że jedną zwykłą monetę będzie można zamienić na “dziewięćkroć dziewięć” nowych i odwrotnie. W ten sposób prawie wszyscy mieszkańcy byli w stanie handlować między sobą.
Od tego czasu waluty i państwa zmieniły się, a miedziane smoki są tylko pamiątkami w kolekcjach i akademiach. Ciekawe okazy, koniecznie je sobie zachowaj.
– Dziękuję. Teraz rozumiem, coś takiego musi pozostać w tym domu. Chcesz się umyć po podróży?
– Tak, z wielką chęcią.
– Przygotuj kąpiel, jak najszybciej! – krzyknął gospodarz do żeńskich pomieszczeń – a Ty, przyjacielu, jedz, pij, i czuj się jak w domu. Dzień jeszcze młody!