Zbiory już minęły, a zapasy na zimę są gotowe. Idą chłodne dni. To dobry czas na opowieści. Chodźcie, dzieci. Rozpalcie ogień i usiądźcie. Opowiem wam, co działo się na tych ziemiach w dawnych czasach.
Zacznijmy od czegoś prostego. Może… historia o tym, jak ryba spowodowała zamieszanie w stolicy?
Zwykła ryba?
Tak, najzwyklejsza! Wszystko zaczyna się dawno, dawno temu…
***
Hanthenvear, 141 rok I Ery
Był piękny, słoneczny dzień – a przynajmniej tak mówią ci, od których znam tę opowieść. Życie w Hanthenvearze toczyło się dosyć zwyczajnie – mężczyźni byli zajęci pracą, kobiety swoimi zadaniami w domach, a dzieci bawiły się na ulicach lub pobierały nauki od rzemieślników i mędrców. Nic nie wskazywało na to, co miało się tego dnia stać.
Na plac targowy przyszedł mężczyzna – z wyglądu dosyć niepozorny, ubrany raczej przeciętnie. Podszedł do jednego z handlarzy, aby kupić rybę dla swojej rodziny. Pech chciał, że obydwaj mieli wielki zapał do targowania – może zbyt wielki. Dyskutowali o cenie ryby bardzo długo, aż klient stracił cierpliwość. Wyciągnął miecz i zaczął grozić sprzedawcy.
Oczywiście zaniepokoiło to ludzi wokół – wśród nich dwóch strażników. Natychmiast podeszli do stoiska, żeby dowiedzieć się, jaki jest powód sporu. Możliwe, że doprowadziliby do zgody między zniecierpliwionymi mężczyznami – gdyby tak było, nikt by o tym dniu nie opowiadał.
Do rozmowy przyłączył się jednak jeszcze jeden człowiek – żebrak, który od lat prosił przechodniów o jedzenie. Podniósł rybę ze stołu, zaczął wymachiwać nią w powietrzu i krzyczeć: «Oddajcie mu rybę! Okradają! Precz z władzą!». Wtedy zaczęła się walka.
Kilku handlarzy i klientów postanowiło pójść za radą biedaka i zaatakować strażników. Widząc tę sytuację, kolejne osoby zbliżyły się, tym razem aby wspomóc przedstawicieli władzy. Trzecia grupa, która przechodziła właśnie przez targowisko, uświadomiła sprzedawcy, że on też powinien bronić swoich praw. W ten sposób powstały trzy frakcje – Lojalni, którzy stanęli ramię w ramię ze strażą, Gwardia Ryby, która stanęła po stronie klienta, i Gildia, która wsparła handlarza.
Z każdą minutą coraz więcej ludzi pojawiało się na targowisku i dołączało do jednej ze stron sporu. Nim nadeszło południe, całe miasto wiedziało już o tym, co dzieje się na targowisku. Tymczasem frakcje zaczęły się organizować – wybrano dowódców, utworzono oddziały, powstały pierwsze strategie. Wiele jednostek zyskało własne symbole, którymi były w większości proste przedmioty – miotły, nogi od stołów czy płachty sukna zabrane z jednego ze stoisk.
Wielu postanowiło skorzystać na sytuacji – kowale zaczęli oferować stronom konfliktu darmową broń w zamian za łagodne potraktowanie i ochronę, a kupcy proponowali grupom bojowników naprędce spisane kontrakty na dostawę prowiantu. Nawet niektórzy złodzieje wyszli ze swoich kryjówek i ogłosili, że chcą być szpiegami którejś z frakcji.
Jeszcze tego samego dnia bitwa rozrosła się na całą stolicę. Każda ze stron zajęła część miasta i postawiła prowizoryczne fortyfikacje. Wkrótce powstały trzy twierdze, każda z własnym zapleczem, dowództwem i coraz większą kolekcją trofeów i głów. Żołnierze dzielnie walczyli o każdy fragment ulicy albo skrawek placu.
Walka trwała dziesięć dni. Nikt nie wie, ilu ludzi zginęło albo ucierpiało, ani ile budynków runęło. Po tym czasie, zmęczenie i straty zmusiły frakcje do szukania innego rozwiązania konfliktu. Negocjacje warunków pokoju trwały ponoć od świtu do zmierzchu, a prowadził je sam Cesarz. Choć cały spór zaczął się od jednej ryby, doprowadził do wielu ważnych zmian w Cesarstwie.
No właśnie, co się stało z rybą?
Tego nikt już nie pamięta. Możliwe, że zjadły ją dzikie zwierzęta. Możliwe też, że któryś z uczestników bitwy wziął ją do swojego domu i tylko jego rodzina może o tym wiedzieć.
Myślę, że każdy z nas ma w sobie coś z tej ryby. Chociaż jest mały i wydaje się całkowicie nieistotny, w odpowiedniej sytuacji może wiele zdziałać. Uważajcie tylko, żeby wasza wielkość nie spowodowała następnej wojny.