Aggermaille, 584 rok II Ery
Sander, młody pomocnik handlarza, pochodzący z Cerbane, rasy wschodniej, szedł przez wąskie uliczki z dużą niepewnością. Był pewien, że gdyby spotkał w tym momencie straż, lub nawet co bardziej prawego obywatela, nie miałby jak się wytłumaczyć z obecności w tak podłej części Miasta. Na jego szczęście, żaden człowiek tego sortu nie miał powodu, żeby wchodzić dalej, niż Kwatery Oficerskie. Z drogi skręcisz na wysokości Ósmego Magazynu, ominiesz Kwatery i Latarnie, w prawo, w lewo, w lewo i trafisz. Słowa podejrzanego mężczyzny dźwięczały w jego głowie bez przerwy. Okolice, w które wszedł, wypełniała dziwna aura. Jeszcze kilka dni wcześniej nie pomyślałby, że Aggermaille skrywa tak mroczne miejsca – Miasto było jednak na każdym kroku pełne zaskoczeń. Sander bał się podłego osiedla, jednak nie mógł zawrócić. Zadanie, które powierzył mu zwierzchnik, było zbyt istotne. Pośpiesznie kroczył więc przez uliczki, szukając celu.
Wreszcie dotarł. Ciemny Rynek był dokładnie taki, jak opisywali go starsi mieszkańcy w swoich opowieściach. Otaczały go domy porośnięte mchem. Bruk pokrywał pył, krew i dziwne substancje trudne do rozpoznania. Cały plac wydzielał duszący zapach potu i alkoholu. Choć było około południa, słońce uparcie nie chciało oświetlić ani jarda tego miejsca. Po całym Rynku krążyło kilku mężczyzn różnych ras, wszyscy ubrani w znoszone i wypłowiałe stroje. Sander przez nieuwagę potrącił jednego z nich. Ten w odpowiedzi zirytował się i wykrzyknął, zakłócając ciszę:
– Uważaj, gdzie leziesz, gołowąsie! I zakryj ten krzywy ryj, bo mi się nie podobasz.
– Yyy… Tak jest, wielmożny Panie…
Niepokój w sercu młodzieńca zastąpiło przerażenie. Determinacja była jednak wciąż silniejsza. Podszedł do jednego z nich i podał umówione hasło:
– Zielona strzała.
– Mam Ci zrobić krzywdę? Nie przychodź na Rynek po barwniku, bo tylko wszystkich obrażasz.
Pomyłka nie mogła już na niego wpłynąć – emocje sięgnęły dawno zenitu. Spróbował z kolejnym:
– Zielona strzała.
– Szkarłatny grot. Po co przybywasz?
Zadowolony z odnalezienia handlarza, Sander zaczął mówić, wciąż łamiącym się głosem:
– Witaj, Szkarłatny Strzelcu. Przychodzę od Stalowego Tarczownika.
– Dawno nie słyszałem o tym człowieku. Czego mu potrzeba?
– Sprawa jest wrażliwa. Pewien człowiek mocno zagroził interesowi Kompanii, a z pewnych przyczyn proces sądowy nie wchodzi w grę. Wiesz, czego szuka mój przełożony?
– Zobaczmy, co mam. Skrytobójcy nie znajdę, Zielony Piechur nadał, że przez co najmniej dwa miesiące nikt nie weźmie zleceń. Ale mam truciznę, jeśli wiesz, jak jej użyć.
– Ile kosztuje?
– Dla przyjaciela, złotą i osiemnaście miedziaków.
– Biorę, sprawa nie cierpi zwłoki.
Wyciągnął sakiewkę i zaczął odliczać potrzebne monety. Nagle poczuł przeszywający ból i po chwili stracił przytomność.
Obudził się. Znajdował się w miejscu, które wyglądało jak dom, ale niczego mu nie przypominało.
– Dzień dobry, Sanderze – powiedział nieznajomy.
Chłopak przeraził się. Mężczyzna znał jego imię, więc najpewniej posiadał więcej informacji, które nie powinny były wpaść w jego ręce.
– To ja jestem człowiekiem, który przeszkodził Kompanii – kontynuował głos. – Podobno wyeliminowanie mnie to sprawa, która nie cierpi zwłoki. Wysłał Cię Stalowy Tarczownik, to znaczy… Fedrenal. Na razie nie wrócisz do niego. Zostaniesz na jakiś czas moim gościem. Zobaczymy, na ile Kompania wyceni Twoje usługi. Jeśli zbyt nisko, to powiem Ci, co dostaną: zwłoki.