Za wolność!

Prownicja Faenwen, 1555 rok I Ery

Słońce dopiero zaczynało wschodzić, większość przestrzeni spowijała jeszcze nocna mgła. Obóz Faenweńczyków był pozornie spokojny, ale atmosfera panująca w nim była zgoła inna, niż by wskazywał prosty rzut oka. Wszyscy, ze śpiącymi włącznie, byli w stanie ciągłej gotowości, a w ich sercach wrzał duch jedności i wielki zapał. Jedynymi, którzy, z wielką ostrożnością, aby nie tworzyć hałasu, poruszali się po obozie, byli nieszczęśnicy, którym przyszło pełnić poranną wartę, a nie mieli perspektywy snu w dzień – ich oddziały miały po śniadaniu wyruszyć w drogę wraz z obozowiskiem.

Kiedy słońce ukazało się w pełnej krasie na nieboskłonie, strażnicy weszli do namiotu trębacza, obudzili go poprzez potrząsanie, bynajmniej nie delikatne. Trębacz założył koszulę, opłukał twarz wodą ze stojącego wiadra, wziął instrument, wyszedł pomiędzy namiotami na środek obozowiska i zaczął grać hejnał. Z każdą nutą obóz budził się coraz bardziej: żołnierze, którzy jeszcze niedawno byli zwykłymi mieszkańcami wiosek, wstali z prowizorycznych posłań i zaczęli zakładać swoje stroje, złożone zazwyczaj z koszuli i skórzanej kurtki – rzadko którego stać było na cokolwiek, co przypominałoby pancerz. Wierzyli jednak, że słuszny cel i wola walki zastąpią im zbroję.

Kiedy wszyscy wyszli już z namiotów, dowódca zarządził śniadanie. Nie było ono szczególnie bogate – wszyscy żołnierze musieli dzielić się niezbyt dużym zapasem pieczywa, owoców, rzecznych ryb i tego, co niektórym udało się upolować w trakcie kilkudniowego postoju. To, oraz zimna woda z wartkich rzek okolicy, wystarczało jednak bez problemu. Pieczeni ani trunku nie widziano tu od miesięcy, ale miały nadejść po wygraniu wojny – najgorszej z wojen, ale jednocześnie najpotrzebniejszej, wojnie bratobójczej, nie przeciw obcym, którzy walczą o wpływ na świat, ale przeciw własnemu Cesarzowi, który uporczywie odmawiał Faenwen odrębności.

Zakończono jedzenie. Żołnierze zaczęli zbierać swoje rzeczy osobiste do toreb, a namioty rozmontowali i zwinięte płachty płótna przytroczyli do grzbietów wołów lub własnych pleców. W ciągu trochę ponad godziny usunięto całe obozowisko, tak, że nie został właściwie żaden ślad ich bytności w tamtym miejscu. Ustawili się w kolumnie marszowej, która zajęła obszar o szerokości ponad stu jardów i długości ponad pół mili. Na ich czele stanął dowódca, Faendo a Demo, i przemówił do zgromadzonych donośnym głosem:

– Dziś nadszedł ten dzień. Dzień, w którym będziemy kontynuowali nasz wielki marsz. Dzień, w którym zrobimy kolejny krok ku chwale i potędze Faenwen, naszej ojczyzny. Przez wieki byliśmy poddanymi Cesarza, który zasiada na wysokości swego tronu w Hanthenvearze, a nie jest w stanie stamtąd dojrzeć tego, że pięćset mil na zachód żyje inny lud, który ma swój porządek, swoją władzę i swoich bogów! Musimy ukrócić jego panowanie na naszej ziemi, idziemy więc dalej w stronę jego miast i stolicy, aby zmusić go do spojrzenia na Faenwen, z którego bije życie nowe, życie prawdziwe! W was jest moc, panowie, w was jest siła! Chwała niech będzie i cześć Yukano, niebiańskiemu przywódcy! Za wolność, za życie, za Faenwen!

– Za wolność, za życie, za Faenwen!