Karawana posuwała się przez Góry powoli. Na swoje szczęście, mieli ponad miesiąc na dostarczenie towaru do Federacji. Na nieszczęście, musieli przebijać się przez warstwę śniegu, która w niektórych miejscach wzdłuż ledwo widocznego szlaku sięgała czterech stóp grubości.
– Czy ktokolwiek wie, dlaczego ten kretyn w centrali nie pozwolił nam wejść z przesyłką na któryś okręt? Pływa tego po trzy dziennie, a dodatkowych parę cetnarów nic by nie zmieniło – zastanowił się Aethan, najemnik z Revenith.
– Pytasz o to piąty raz dzisiaj. Nie jesteśmy Kompanią Handlową, musimy oszczędzać. Tak przynajmniej mówił stary w mieście – odpowiedział mu towarzysz.
– Pięknie. Naprawdę. Oszczędzać. Na czym? Jeśli w ogóle wrócimy żywi, wyda na leczenie więcej, niż kosztują wszystkie okręty w całym chędożonym Aggermaille.
– Co ja Ci mam na to poradzić? Za to nam płacą.
– Oby płacili dobrze. Jeśli dostanę psią zapłatę jak poprzednio, to nie ręczę za siebie. W więzieniu żyje się lepiej, niż w tym bagnie zwanym Kompanią Przewozową Katgukeniona.
– Katagukreniona.
– Nieważne, jakkolwiek temu kretynowi na imię.
– Komuś trunku? – spytał trzeci członek konwoju, prowadzący wózek.
– Dzięki, pijaku. Ty też powinieneś na razie dać spokój, masz jechać z wózkiem, a nie na nim.
– Wypraszam sobie, czuję się świetnie.
– Tak? Ledwo stoisz na nogach.
– Ja?
Pijak pociągnął łyk z małego bukłaka. Na twarzy obu najemników ukazał się wyraz rezygnacji.
– Ej, co to jest? Coś tam leży – odezwał się Pijak.
– Nie dość, że prawie się wywraca, to jeszcze ma zwidy – powiedział do siebie Aethan.
– Czekaj, naprawdę coś tu jest.
Podeszli do podejrzanego przedmiotu. Po odkopaniu go ze śniegu okazało się, że to niewielka skrzynka. Otworzyli ją od razu, pewni, że zawartość choć trochę odmieni ich los. Rozstrzygnięcie nadeszło wkrótce. Skrzyneczka zawierała kilkanaście złotych monet. Zanim jednak zaczęli się dzielić, usłyszeli głośny krzyk, a po nim kilka podobnych. Nie był to żaden znany im język, choć brzmiał znajomo.
Po chwili na szlak wyskoczyli mężczyźni w płaszczach, z prostą bronią w rękach. Najemnicy dobyli mieczy, a Pijak pod wpływem zniekształconych przez alkohol emocji osunął się pod wózek. Napastników było w sumie sześciu. Aethan spróbował uderzyć najbliższego. Okazał się on jednak wyjątkowo zwinny i nie dał się trafić młodemu najemnikowi. Tajemniczy mężczyźni zaatakowali obu żołnierzy lawiną ciosów tępymi przedmiotami. W pewnym momencie Aethan zaczął ciąć na oślep. Choć ranił atakujących, nie przerwali oni natarcia. Sytuacja była beznadziejna. W końcu ciągłe uderzenia w żelazny hełm spowodowały u młodego mężczyzny zamroczenie. Osunął się na ziemię. Jeden z napastników docisnął jego plecy kolanem, po czym związał ręce i nogi mocnym, grubym sznurkiem. Aethan zauważył, że podobny los spotkał jego towarzysza broni. Pijaka zauważyli wrogowie jako ostatniego, kiedy mieli już wyruszać w tylko sobie znanym kierunku. Wszyscy trzej uczestnicy wyprawy zostali wzięci do jaskini nieopodal szlaku. Aethana jako pierwszego położyli na wielkim głazie pośrodku, pozostałych umieścili w innej komorze.
Mężczyzna w płaszczu, z widoczną teraz twarzą południowca, wyciągnął sztylet. Oby Konsae był łaskawy w osądzie.